Wiem że na początku chce się wszystko. Najlepiej byłoby przyjmować każde jedno zamówienie, najlepiej byłoby mieć zawsze porządek w domu, najlepiej byłoby codziennie robić mega pyszne i wartościowe posiłki, najlepiej byłoby żeby dzieci miały mamę pod ręką 24h/dobę, najlepiej byłoby być sexi, biegać w szpilkach i z czerwoną szminką na ustach, żeby mąż miał na co popatrzeć, najlepiej byłoby być boginią w łóżku, najlepiej byłoby być 4 razy w tygodniu na siłowni, żeby utrzymać super fit formę, najlepiej byłoby.. co tam jeszcze chcecie?

Nie jestem żadnym kołczem ani specem od życia ale cóż… wiem już, że porządek w domu mam tylko do 2h po generalnych porządkach i to pod warunkiem, że młodsze dziecię nie wpadnie w szał układania klocków lub malowania (starsze dziecię już sprząta po sobie samo więc troszkę się nauczyło szacunku do pracy). Wiem już, że świat się nie zawali jak uprasuję stertę ubrań tydzień później.

Wiem też, że wygodniej jest mi w jeansach i adidasach a nie w szpilkach i obcisłej kiecce. Wiem już, że dbać o siebie jest warto ale nie biczuję się za to, że uległam pokusie i pożarłam makaronika albo placek ze śliwkami.

I wreszcie – wiem, że nie muszę brać każdego jednego zamówienia. Wiem, że jak się zgodzę na przyjęcie do realizacji tortu z dwudniowym wyprzedzeniem, to później żałuję bo:

1. Ten tort nigdy nie jest taki jak bym chciała.
2. Jestem w domu w piątek tak późno, że dzieci już śpią i ogólnie – nie warto.

Co tydzień trafia się minimum 5-6 telefonów od klientów, którzy „kompletnie zapomnieli”, „wyleciało im z głowy” itd. Za każdym razem (nawet przy najprostszych tortach bez figurek) taki malutki torcik bardzo nam dezorganizuje pracę i wprowadza mnóstwo niepotrzebnego zamieszania. Po co? Bez sensu. Dlatego nie zgadzam się na takie zamówienia na ostatni moment.

Nasza mała fabryka ma w miarę poukładany plan tygodnia.

☑ Poniedziałek – to ostatni dzień kiedy przyjmujemy zamówienia na weekend (pod warunkiem, że mamy jeszcze wolne miejsce). Tworzymy listę zakupów, zamawiamy dostawę. Tego dnia pieczemy biszkopty (które po ostudzeniu trafiają do zamrażarki), ogarniamy też maile, faktury itd. Zaczynamy robić ozdoby na torty i babeczki.

☑ Wtorek – przyjeżdża dostawa. W razie braków poszczególnych produktów możemy jeszcze szybko zareagować. Pieczemy biszkopty. Jeśli z biszkoptami jesteśmy ok, to bierzemy się za makaroniki lub beziki – poleżeć mogą długo a zawsze się je wykorzystuje do dekoracji tortów więc się nie marnują.

☑ Środa – przekładamy torty na sobotę.

☑ Czwartek – kremujemy torty z środy, przekładamy te na niedzielę.

☑ Piątek – kremujemy torty na niedzielę, wykańczamy wszystkie – składamy, dekorujemy itd. Pieczemy babeczki na sobotę.

☑ Sobota – wydajemy torty „małe” w godz 10-12, później rozwozimy ślubniaki.

Oczywiście wiadomo, że to tylko szkic. Zawsze w międzyczasie trafiają się mniejsze zamówienia – małe torty, babeczki, mini candybary itd. ale pracujemy na tej samej zasadzie. I od razu uprzedzając Wasze pytania – tak, mrozimy biszkopty (zauważyłam, że nawet jeżeli są w stanie zamrożenia przez 24h to są później bardziej stabilne niż te świeże).

I tak – przekładam torty w środę. Nic im się nie dzieje a są dobrze schłodzone, stabilne i wszystkie smaki pięknie się ze sobą łączą. Jadłam tort tygodniowy i był pyszny (z owocami). Nie bójcie się przekładania tortów wcześniej.

Dzięki takiemu systemowi pracujemy ok 8h dziennie, nie zarywamy nocek, nie jesteśmy cierpiętnicami, które ledwo patrzą na oczy. Mamy satysfakcję z tego co robimy, lubimy się i spędzamy ze sobą czas także po pracy (regularnie mamy wypady do naszej ulubionej knajpki z włoskim jedzeniem, byłyśmy na mini integracji weekendowej w Atenach).

Kluczem do sukcesu jest zdolność planowania. Potrafimy oszacować ile czasu nam coś zajmie i dzięki temu wiemy, że np. w piątek skończymy w miarę normalnie (czytaj max o 19). Oczywiście każdemu zdarzają się potknięcia i z założenia prosty tort okazuje się Mont Everestem i siedzimy nad nim 3h zamiast 40 minut. Zdarza się, na szczęście rzadko 😉

Wyjątki od reguły to maj, kiedy to nasi mężowie/narzeczeni/chłopaki są uprzedzeni, że nas nie ma bo pobijamy swój ubiegłoroczny rekord przychodów.
I grudzień kiedy firmy wyprawiają imprezy dla swoich pracowników. To są wyjątki.

W sezonie ślubnym zazwyczaj pracujemy normalnie. Jeśli wiemy, że mamy mnóstwo pracy przy ślubniakach to rezygnujemy z małych tortów. W ubiegłym sezonie miałyśmy taką sytuację 2 razy. Na jeden termin miałyśmy tyle tortów weselnych i candy barów, że nie przyjęłam żadnego małego tortu. Nawet jednego. Skupiłyśmy się na tym co ważne, nie rozdrabniałyśmy się.

Myślę, że pomoże Wam to w planowaniu kolejnego tygodnia swojej pracy 🙂