Był już artykuł o moich najlepszych biznesowych decyzjach, był też o tym, jakie błędy popełniłam. Dziś opowiem Wam o tym, co chciałabym zmienić, gdybym tylko mogła cofnąć czas…

 

Zatrudnienie pierwszego pracownika.

Zdecydowanie czekałam z tym byt długo. Na zatrudnienie pierwszego pracownika zdecydowałam się dopiero po urodzeniu drugiego dziecka. Kiedy byłam w ciąży, zdałam sobie sprawę z tego, że w każdej chwili coś może się wydarzyć, że mogę wylądować w szpitalu i co wtedy?

Nauczyłam mojego męża piec biszkopty, przekładać torty, piec babeczki. Z dekoracjami pomagała mi moja nieoceniona Angelika Chwyć. Jakoś dobrnęłam do końca sezonu ślubnego, chociaż w jednej z sal weselnych usłyszałam, że powinnam już chyba być na porodówce. Faktycznie, tydzień później urodziła się Tola (o 3 tygodnie za wcześnie), więc dziewczyna miała wyczucie czasu 😉

Tak właściwie nie wiem, dlaczego z tym zatrudnieniem czekałam aż tyle lat. Było mi ciężko, zarywałam nocki, nie odmawiałam zleceń nikomu. Dopiero po urodzeniu Tolki wszystko zaczęło się układać. Zatrudniłam pomocnika, ustaliłam granice naszej pracy (8 godziny dziennie), wyznaczyłam urlop już na początku roku, żeby wiedzieć, na jakie terminy mogę przyjmować zamówienia.

Zapisałam się na kurs asertywności, żeby nauczyć się odmawiać klientom przyjmowania zamówień (serio, miałam z tym AŻ taki problem). Dałam radę i dziś wiem, że powinnam to wszystko zrobić wcześniej…

 

Nieprzemyślane inwestycje.

Na początku słodkiego biznesu kupowałam wszystko, co wydawało mi się przydatne, fajne, gadżeciarskie. Pisałam o tym w ebooku „Tajemnice słodkiego biznesu”. Zupełnie nie myślałam o tym, ile pieniędzy w ten sposób tracę.

Uświadomiły mi to dopiero moje dziewczyny (czyli moje pracownice), kiedy robiąc porządki w pracowni, zobaczyłam, ilu rzeczy w ogóle nigdy nie użyłyśmy. Sterta foremek, barwników, 5 kg izomaltu, 20 kg albuminy i 10 kg glukozy (to pozostałości po którymś ze szkoleń gdzie pod wpływem chwili kupiłam produkty „bo na pewno będę teraz tak robiła, jak na szkoleniu”), tła fotograficzne („na tym to już powinny super wychodzić zdjęcia”), aerograf (nooo dobra, czasami się przydaje).

Wszystkie te przedmioty kosztowały mnóstwo pieniędzy. Oczywiście, jeżeli biznes jest dochodowy, to nawet tak bardzo tego nie czułam, ale kiedy policzyłam, ile pieniędzy przepuściłam, to zrobiło mi się słabo.

Od tamtej pory zdecydowanie rozsądniej podchodzę do tematu. Jeżeli wiem, że danej rzeczy użyję raz, to wolę ją wypożyczyć niż kupować i odłożyć na stertę „do zobaczenia za lat sto”.

 

Mój upór.

Wiem, że jestem uparta. Ma to swoje dobre i złe strony. Zła jest taka, że chcę koniecznie do wszystkiego dojść sama, że szukam, drążę temat, nie śpię po nocy, żeby tylko znaleźć rozwiązanie, żeby się udało. A czasami nie warto. Czasami trzeba po prostu pójść na szkolenie i mieć podane rozwiązanie na tacy.

Tak było z makaronikami. No ile prób ja podjęłam, to sama nie wiem. Ile mąki wyrzuciłam do kosza? Tonę chyba.

W końcu, po 2 miesiącach prób, przyznałam, że makaroniki mnie pokonały i poszłam na szkolenie. Wiele mi dało, wiele pomogło zrozumieć.

Byłam jedną z najbardziej upierdliwych kursantek. Miałam w notesie setki pytań, na które prowadzący cierpliwie odpowiadał.

Dlaczego pękają, dlaczego nie ma stopki, dlaczego są puste w środku, czy to prawda, że trzeba je mrozić, żeby były ładne, czy białko musi stać tydzień. Wszystkiego się dowiedziałam i makaroniki zaczęły wychodzić. Też nie od razu, bo musiałam poznać możliwości swojego piekarnika, ale nie straciłam dwóch miesięcy, tylko 2 dni. Znaczna różnica, prawda?

Był taki czas, że zasuwałam w swojej firmie od rana do nocy, że kiedy wychodziłam do pracy, było jeszcze ciemno, a kiedy wracałam, było już ciemno. Byłam zmęczona, przepracowana, nic mnie nie cieszyło i to był ten moment, kiedy zastanawiałam się nad zamknięciem firmy.

Zmieniło się wszystko 5 lat temu, kiedy zaszłam w ciążę. Wtedy wprowadziłam pierwsze poważne zmiany i dzięki nim uświadomiłam sobie, że można mieć firmę, mieć pieniądze i mieć czas, żeby je wydawać 😉 Mieć czas dla siebie, dla dzieci, na podróże i na czytanie fajnych książek. Dzięki temu, że poukładałam sobie życie w pracy, teraz mam czas, żeby prowadzić grupę, robić szkolenia, wyjeżdżać do Was na konsultacje jednodniowe. I nadal mam czas na rodzinę i wakacje.

Dlatego tak ważne jest ułożenie sobie pracy, postawienie granic sobie i swoim klientom, dobre wyceny i zysk, jaki firma generuje.

Tego wszystkiego Was uczę.
Do następnego!