fbpx

To moja piąta przeprowadzka pracowni. Wydawało mi się, że o remontach i przeprowadzkach wiem już wszystko. Tak, wydawało mi się… bo o remoncie i przeprowadzce w trakcie pandemii nie wiedziałam kompletnie NIC.

Zanim opowiem o tym, jakie przygody mnie spotkały podczas remontu, wprowadzę Cię w temat skąd w ogóle pomysł na przeprowadzkę.

Tuż przed wybuchem pandemii podjęłam decyzję, że moja pracownia będzie realizowała tylko zamówienia firmowe. Żadnych małych tortów, żadnych weselniaków i candy barów w stylu boho. Tylko i wyłącznie klienci firmowi.

To był styczeń 2020 roku. Przeprowadziłam się z centrum Warszawy do małej podwarszawskiej miejscowości. Nie zależało mi na lokalizacji, bo wszystkie zamówienia firmowe dowozimy do klientów. Chciałam mieć spory lokal i dość niski czynsz.

Dwa miesiące po przeprowadzce ogłoszono pierwszy lockdown. Już wtedy wiedziałam, że odwrócenie się od klientów indywidualnych będzie mnie sporo kosztowało, jednak robiłam wszystko, żeby pracownia przetrwała. Udało się przeżyć najtrudniejszy czas. Torty dowoziłam do Warszawy, żeby klienci nie musieli tracić czasu na dojazdy.

Niespełna rok później właściciel poinformował mnie, że zdecydował się na sprzedaż lokalu. W chwili kiedy na portalu ogłoszeniowym pojawiła się informacja o sprzedaży, ja już szukałam nowego lokum. Nie wiedziałam ile mam czasu. Lokal mógł się sprzedać w tydzień, ale też mogło to trwać rok. Stan zawieszenia jest chyba najgorszy…

W lutym znalazłam mały lokal na Warszawskiej Pradze. Pomyślałam, że będzie idealny do odbiorów osobistych dla klientów indywidualnych, do produkcji dla klientów firmowych i na małe szkolenia. Lokal był totalną ruderą (nawet nie chcę wiedzieć co tam było wcześniej, ale czerwone ściany działają na wyobraźnię). Jednak właścicielka zgodziła się na niski czynsz przez pierwsze 3 lata najmu, w zamian za kompleksowy remont. Podpisałyśmy stosowne dokumenty i tu zaczyna się właściwa historia 🙂

Remont lokalu zaczął się w połowie lutego i miał trwać (uwaga, uwaga) – 4 tygodnie. Na początku była demolka! Ekipa remontowa (którą wcale nie tak łatwo było znaleźć, bo okazuje się, że w trakcie pandemii polacy remontują na potęgę) zapełniła śmieciami cały kontener. Wyburzyliśmy ściany, postawiliśmy nowe. Pozbyliśmy się ognistej czerwieni i paskudnego niebieskiego koloru ścian zastępując go pięknym pudrowym różem.

Na tym etapie wydawało mi się, że już, już prawie jestem w domu. Problemy pojawiły się na zapleczu. Okazało się, że trzeba zrobić hydraulikę, położyć nowe okablowanie i zlikwidować kilka grzejników. Na hydraulika czekałam ponad 2 tygodnie. W międzyczasie jeden z panów z ekipy remontowej zachorował na covid, więc pozostali członkowie ekipy wylądowali na kwarantannie. Praca stanęła.

Zamówiłam więc meble kuchenne. Po raz pierwszy będę miała fajne mebelki zamiast zimnej stali nierdzewnej. Czas oczekiwania na meble: 3 tygodnie! (a to podobno i tak nie dużo)

Hydraulik przyjechał, wyciął jeden grzejnik i.. zapomniał, że umawialiśmy się też na przeciągnięcie rur do drugiego pomieszczenia. Załamka to mało powiedziane. Znowu czekanie.

W tak zwanym międzyczasie pracował elektryk. Pociągnął część kabli, ale nie starczyło mu materiału. Kolejna wizyta może być za 2 tygodnie. I tu się popłakałam z bezsilności, bo już witki mi opadły. Jest połowa kwietnia.

Ekipa wróciła do pracy.
Popracowała.. 2 dni, bo kolejna osoba zachorowała na covid.
Pozostali – oczywiście na kwaratnannie.
Kolejne 2 tygodnie w plecy.

I tu się zatrzymałam. Powiedziałam sobie, że dalsze zamartwianie się nie ma sensu. Nie ma sensu płakać. Nie ma sensu się wkurzać. Nie ma sensu się stresować i mieć bezsennych nocy. Nic to przecież nie zmieni. Na pewne rzeczy nie mam wpływu.

Szczerze porozmawiałam z właścicielem lokalu, który jeszcze wynajmuję. Powiedziałam jak wygląda sytuacja z remontem. Umówiliśmy się, że mogę pracować i wynajmować lokal tak długo, jak potrzebuję. Póki co sprzedaż idzie mozolnie i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić. Mogłam odetchnąć z ulgą.

W tej chwili sytuacja wygląda tak:

  • mam piękne różowe ściany
  • mam ekstra granatowe meble
  • umówioną firmę przeprowadzkową na przewiezienie ciężkiego sprzętu
  • część spakowanych rzeczy
  • wielką dziurę w ścianie, bo wciąż czekam na hydraulika (ma być jutro)
  • źle docięty blat (różnica pół centymetra jest w niektórych momentach kluczowa)
  • wysprzątany lokal z kurzu i poremontowego brudu

Aaaaah – na śmierć bym zapomniała – jeden blat jest jeszcze w drodze, i musiałam wymienić zmywarkę, bo okazało się, że przysłali nam zły model.

I powiem szczerze – po tych wszystkich przejściach wiem już, że odbiór sanepidu to będzie mały miki 😉

Życzę Ci, żebyś nigdy nie musiała przeżywać takich sytuacji i wystawiać swoich nerwów na próbę 🙂