fbpx

– Wiele lat cierpiałam na syndrom braku wykształcenia. Czułam, że mam ponad 30 lat, a w dwie sekundy mogę zostać zastąpiona przez choćby studentkę. Teraz wiem, że nabyłam umiejętności techniczne związane z tworzeniem słodkości, w końcu mam konkretny zawód – mówi Magdalena Gołuch z Kielc, właścicielka Pracowni Tortów i Słodkości.

Jak zaczęła się twoja historia ze słodką branżą? Co robiłaś wcześniej?

Magdalena Gołuch: Historia podobna, tak myślę, do wielu innych. Do nowego mieszkania kupiliśmy z mężem robota kuchennego i zaczęło się testowanie. W tym czasie podglądałam dwie koleżanki, które uparcie pokazywały swoje ciasta i torty na Facebooku. Na tyle mi to weszło w głowę, że wiedziałam że muszę zrobić swój pierwszy tort. To był najprostszy tort – biszkopt na oleju, dżem, śmietanka z mascarpone. Chwilę później mąż miał urodziny, pomyślałam że poszukam czy w internecie są jakieś przepisy na ciekawe smaki tortów. I naprawdę byłam zaskoczona, ile tego znalazłam, że ta wiedza jest tak łatwo dostępna. Zaczęłam testowanie przepisów. Całe to wkręcanie się w torty zbiegło się z moją ciążą, po której już nie wróciłam do pracy. Do tej pory moje doświadczenie zawodowe opierało się głównie na 10 latach spędzonych na recepcji hotelu. I chyba te 10 lat to było już za dużo, zakończyliśmy współpracę, a ja przez okres urlopu macierzyńskiego robiłam torty dla rodziny i przyjaciół. 

W sierpniu 2021 Ula Stępniak zorganizowała wyzwanie pt „Czy słodki biznes jest dla Ciebie?”. Po tych trzech dniach już wiedziałam, że bardzo chcę w to wejść. Zaczęłam od telefonu do Sanepidu, kilku przeróbek w kuchni domowej i zaczęłam działalność nierejestrowaną. To był czas budowania bazy klientów. Marzyłam o pracowni poza domem, ale to tak nierealne, że nie brałam tego nawet pod uwagę. I dosłownie kilka miesięcy później znalazłam lokal i nabór wniosków o dotacje…

Dziś masz już swoją pracownię w Kielcach. Jakie pomysły realizujesz, aby promować swój biznes?

M.G.: Jeszcze zanim miałam zalegalizowaną kuchnię domową, założyłam swój fanpage i umieszczałam tam zdjęcia prac. Już po załatwieniu formalności, kilka razy udostępniłam post na grupach. Zrobiłam logo, ulotki, które zostawiłam u pobliskich kosmetyczek, fryzjerek, w bistro. Poskutkowało.

Dbam też o Klientów, których już pozyskałam, bo wiem, że ten, który powraca to prawdziwy skarb i żywa reklama zarazem. Każdy tort jest zapakowany w pudełko, do którego przyklejona jest instrukcja obsługi oraz naklejka z moim logo. 

Otwierając pracownię zrobiłam „dzień otwarty”, każdy kto przyszedł mógł bezpłatnie spróbować tortu.

Czy decyzja o przejściu z kuchni domowej do własnego punktu była trudna?

I tak i nie. Z jednej strony – był strach, bo wynajęty lokal to zawsze jakieś zobowiązanie, a także pieniądze zainwestowane w remont. Z drugiej – praca w kuchni domowej zaczynała być coraz bardziej uciążliwa dla życia naszej rodziny. 

W jednym czasie zbiegło się to, że dowiedziałam się o wolnym lokalu 200 metrów od mojego mieszkania oraz o rozpoczęciu naboru wniosków o dofinansowanie na rozpoczęcie działalności z urzędu pracy. Wiedziałam że to jest „teraz albo nigdy”.

Czego się obawiałaś najbardziej?

M.G.: Dziś się z tego śmieję, ale… Sanepidu. Lokal wymagał sporego remontu. Naprawdę był małą ruinką. Powtarzałam do chłopaka od remontu, że nie zależy mi na niczym konkretnie poza tym, że musi przejść odbiór Sanepidu. Bałam się, że zrobię remont, wezmę dotację, a na koniec Sanepid nie wyrazi zgody na prowadzenie pracowni w tym miejscu 

Czarny scenariusz jednak się nie ziścił?

M.G.: Na szczęście w wieku kwestiach związanych z Sanepidem pomogła mi niezastąpiona Kasia Wójtowicz. Doradziła w wielu technicznych kwestiach i oczywiście pomogła z dokumentami. Wiedziałam, że muszą być kratki wentylacyjne, że muszę mieć badanie wody… Dzięki wiedzy od niej byłam już spokojniejsza, jednak stres był.

Finalnie złożyłam wniosek, a pani w sanepidzie zaskoczyła mnie tym, że muszę mieć zrobiony przegląd kominiarski. Pewna swego zadzwoniłam do kominiarza, ot, czysta formalność do załatwienia. Po czym kominiarz przychodzi i mówi że nic mi nie podpisze bo kominy są niedrożne, dodatkowo strasząc, że takie rzeczy to się sprawdza przed remontem. Oczami wyobraźni już widziałam swój koniec, że już po wszystkim. Na szczęście mąż stanął na wysokości zadania i udrożnił kominy. Finalnie kominiarz podpisał przegląd, Sanepid powiedział, że mogę otwierać pracownię!

Co dziś byś zrobiła inaczej?

M.G.: Moją zmorą jest brak czasu. Mam dwójkę absorbujących dzieci w wieku 2,5 i 5 lat, do tego bieżące zamówienia, zakupy z dotacji, „pilnowanie” remontu. Było tak wiele zadań, że ciężko w ogóle myśleć o tym, co mogłabym zrobić lepiej. 

Jedno, czego nie mogę sobie podarować, to pokuszenie się na zakup kuchenki indukcyjnej z outletu. Miała być nowa, z uszkodzonym opakowaniem. Następnie dostałam informację od budowlańców, że muszę zareklamować kuchenkę, bo wywaliło korki. Następnie odrzucona reklamacja, sklep twierdzi, że elektryk musiał źle podłączyć, jest spalona. Mnie przy tym nawet nie było, więc ciężko mi powiedzieć co zaszło, czy faktycznie błąd elektryka, czy może jednak kuchenka była uszkodzona już od początku… 

Z czego jesteś najbardziej zadowolona?

M.G.: Chyba ciężko wskazać konkretnie z czego najbardziej. Bardzo mnie cieszy, jak widzę, ile osób mi kibicuje i wspiera. Wewnętrznie jestem szczęśliwa, obserwując własne samozaparcie i dążenie do celu. Bardzo mnie cieszy to, że w końcu się ukierunkowałam. Wiele lat cierpiałam na syndrom braku wykształcenia. Tzn. teoretycznie mam licencjat z turystyki i rekreacji, w praktyce to nic nie warty papierek. Moje 10 lat doświadczenia na stanowisku recepcjonistki hotelowej też nie robiło ze mnie „specjalisty” w jakiejkolwiek dziedzinie. Czułam, że mam ponad 30 lat, a w dwie sekundy mogę zostać zastąpiona przez choćby studentkę. Teraz wiem, że nabyłam umiejętności techniczne związane z tworzeniem słodkości, w końcu mam konkretny zawód. 

Jaką radę byś dała osobom, które dopiero chcą działać w słodkim biznesie?

M.G.: To jest rada, którą usłyszałam dwa lata temu, gdy nie byłam nawet na etapie pomysłu kuchni domowej: “Bój się i rób”. Te słowa niezmiennie mi towarzyszą i tego życzę każdemu z was.

Rozmawiała Magdalena Sadowska

Magdalena Sadowska

Magdalena Sadowska

Marketer, Strateg w Robieto.pl

Mówi o sobie, że jest przedsiębiorcą „od zawsze”. Z marketingiem związała się blisko 10 lat temu. Zaczynała od prowadzenia agencji reklamowej, a obecnie całe swoje doświadczenie realizuje w działaniach online.

Wierzy, że najlepszy marketing to po prostu taki, który sprzedaje. Od 8 lat prowadzi z mężem Wojtkiem Sadowskim, agencję Robieto.pl, która pomaga firmom i osobom indywidualnym zaistnieć w internecie i zarabiać online.

Uwielbia sprzedawać, tworzyć lejki sprzedażowe, dowozić rezultat i w ten sposób spełniać marzenia swoich klientów.

Tworzenie nowych rozwiązań i strategii dla klientów przychodzi jej z łatwością. Współpracowała m.in. z Kobiecą Stroną Inwestowania, Ulą Stępniak. Robi to, co lubi.